|
piątek, 02 grudnia 2005
HoiAn
Wczoraj wieczorem, gdy jadlem kolacje, postanowilem natychmiast pojechac dalej. Gdziekolwiek, tzn. na poludnie. Jako ze mialem hotel obok dworca kolejowego, poszedlem tam i zapytalem czy jest jakis pociag na poludnie. Pani powiedziala ze bedzie za 40 minut. Wiec kupilem bilet do Danang, z mysla ze wysiade gdzies wczesniej. W jakims miejscu ktore spodoba mi sie przez okno pociagu. Pobieglem szybko do hotelu, wymeldowalem sie, spakowalem i w ostatniej chwili zdazylem na pociag. W rezultacie dojechalem do samego Danang bo zasnalem w pociagu (poprzedniej nocy prawie nie spalem), i dopiero ktos mnie obudzil w Danang. No nic, skoro jestem w miescie w ktorym juz kiedys bylem, postanowilem zrobic sobie sentymentalna runde po okolicy. A wiec odnalazlem GuestHouse w ktorym bylem poprzednio. Niestety GH juz tam nie ma, jest restauracja. Wypilem kawe. Danang tak jak poprzednio i teraz wciaz kojazy mi sie z miastem rozpusty :) Wszedzie tam, na kazdej ulicy podrywaja mnie dziewczyny :) Ale wiecie jakie dziewczyny :) W restauracji tez. Pojechalem do HoiAn na wynajetym motorze. Postanowilem odwiedzic po drodze miejsce, w ktorym poprzednio pierwszy raz w zyciu widzialem morze poludniowo-chinskie. Bardzo sie nie zmienilo :) Ale fajnie bylo tam byc ponownie. Tam gdzie poprzednio po budowanej dopiero drodze szukalem z Marta plazy, teraz jest spora droga szerokopasmowa. Do HoiAn postanowilem pojechac tylko na szejka bananowego do restauracji, w ktorej poprzednio poznalismy Nga. Dziewczyne ktora tam pracowala. To niesamowite, ale personel restauracji poznal mnie. Nga juz tam nie pracuje, ale jej kolezanka powiedziala mi gdzie pracuje teraz. Nga na moj widok strasznie sie ucieszyla, jak ona to i ja tez :) Nie mogla uwierzyc ze przyjechalem po prawie roku zeby sie z nia zobaczyc :) Powiedziala ze bardzo sie zmienilem, wyprzystojnialem i takie tam :)) Jutro zamierzalem jechac dalej na poludnie, ale Nga zaprosila mnie wieczorem na spacer. Wiec przeprowadze sie do jakiegos hotelu w HoiAn i chyba zostane tutaj dluzej niz planowalem :)))
czwartek, 01 grudnia 2005
Ninh Binh i okolice
Z Hanoi pojechalem na poludnie bez M&M'sow. Zatrzymalem sie w Ninh Binh. W hotelu, z ktorego sie wyprowadzalem bo nie podobala mi sie obsluga (STAR HOTEL, nie polecam nikomu !!!), poznalem pewnego belga. Michael, wynajmowal motor i mial podobne plany zwiedzania okolic do moich, wiec postanowilismy pojezdzic razem. Nie jestem nawet w stanie odtworzyc trasy jaka zrobilismy bo zawsze wybieralismy ekstremalnie boczne drogi. I to byl dobry pomysl. Generalnie zamierzalismy odwiedzic "katolicki region" Ninh Binh. Czyli wszelkie koscioly, katedry itp. w okolicy. Smakowity kasek dla wielbicieli historii i architektury. Ale dzieki tym "bocznym drogom" odwiedzilismy naprawde male i oryginalne wioski. Moglismy poznac ludzi zupelnie innych niz tych ktorzy obsluguja turystow w Ninh Binh czy innych miastach. Coz to byl za kontrast !! Ludzie w tych wioskach sa naprawde przyjazni, weseli i to dzieki nim czlowiek jest w stanie naprawde polubic Wietnam. Odwiedzalismy szkoly, przedszkola, rozne ciekawe zabytki usytuowane tak daleko od glownych drog ze zapewne nie wielu "bialych" je widzialo. Nie ma nic na ich temat w przewodnikach. Czasem ludzie zapraszali nas na tradycyjna zielona herbate, przy ktorej moglismy chwile odpoczac, posmiac sie wspolnie z nimi... Katolicki cmentarz w Wietnamie. Odnalezlismy kilka takich. Czasem na cmentarzach widzialem male poletka, np salaty :) albo pasace sie bydlo. Katolicki kosciol, okolice Ninh Binh. Male poletko na cmentarzu, hmm... ciekawe Ciekawie wyglada zestawienie, aniolowie i chinskie znaki. ... To jest pani, ktora robi zdjecia turystow (glownie wietnamczykow) na tle budowli. ... ... Miejscowe dzieciaki. Zbudowany caly z kamienia. Wiecej fotografow... :) ... ... Drugiego dnia, takze z Michael'em, pojechalismy zupelnie bez celu. Wydarzylo sie sporo ciekawych rzeczy. Ale jedna poznana rodzina przycmila wszystko inne co wydarzylo sie tego dnia. Maly domek, na koncu waziutkiej, zwirowej drogi. Czworka dzieci i starsza Pani. Dzieciaki strasznie ucieszyly sie gdy nas zobaczyly. Bylismy dla nich nie lada atrakcja. Na widok aparatu zaczely glosno sie smiac, krzyczec i uciekac. Ale po chwili pokazaly nam zebysmy poszli za nimi. Zaprowadzily nas na szczyt gory lezacej z boku malego bialego domku. To jest jak sie domyslam ich plac zabaw. Widok z gory jest piekny. Mam mase super zdjec, ale niestety nie jestem w stanie umiescic ich wszystkich. Po drodze mijalismy naprawde oryginalne wioseczki, targi i ludzi. ... ... Male mniszki :) :) Zagubione w gorach... :) Male przedszkole :) To jest moment gdy juz sie zgubilismy :) Troche celowo, bo fajnie jest sie gubic, a potem odnajdywac wlasciwa droge. Gdy tam dojechalismy poczulem sie jakbym trafil do piekla, albo na ksiezyc. Nie da opisac sie jaki halas wytwarzaja pracujace tam maszyny, nie da opisac sie ile kurzu jest w powietrzu. Ludzie pracuja tam w niewyobrazalnie zlych warunkach. Kobiety nosza na glwie duze kosze, domyslam sie ze ciezke, zmielonych wczesniej skal z pobliskiej gory. ... ... Tutaj kobieta pchala cos ciezkiego pod woda. Wygladalo to jakby orala ziemie pod woda... Dzieki temu ze sie zgubilismy, trafilismy na 3 posagi Buddy. Nie ma o nich nic w przewodnikach. Za chwile trafilismy na wiecej posagow. Takze nie znalezlismy nic na ich temat w naszych przewodnikach. Dzieciaki z malego bialego domku. Wszyscy bawilismy sie swietnie :) Gdy maluchy sie oswoily z aparatem, bardzo chetnie pozowaly do zdjec. Byly poprostu wniebowziete gdy potem mogly zobaczyc siebie na wyswietlaczu aparatu :) To jest przedszkole, niedaleko szkoly do ktorej chodza dzieci z malego domku. A to przyjaciele "naszych" dzieci. Wiecej przyjaciol :) Nastepnego dnia, Michael pojechal do Hanoi. Ja mialem jechac dalej na poludnie. Jednak spoznilem sie na autobus, potem na pociag. Zastanawialem sie czy nie sprobowac autostopem. Ale od samego rana nie moglem przestac myslec o rodzinie spotkanej w malym bialym domku. Cos kazalo mi pojechac tam jeszcze raz. Stwierdzilem ze 2 spoznienia w ciagu jednego dnia musza cos znaczyc, znalazlem nowy hotel. A wlasciwie nie nowy, bo ten sam w ktorym bylem z Marta i Igorem podczas naszej poprzedniej podrozy do Azji. Wlasciciele mnie poznali. Bardzo sie ucieszyli :). Wypozyczylem motor i postanowilem odwiedzic "moja" rodzine jeszcze raz. Mialem duzy problem zeby trafic tam ponownie, ale udalo sie. Jakie to szczescie ze tak potoczyl sie ten dzien. Bo to byl dzien, ktorego nie zapomne do konca zycia. Wietnam, tak jak poprzednim razem, cos mi odebral i cos mi ofiarowal w zamian. Odebral mi czastke mnie, ktora zostawilem przy malej dziewczynce. I ofiarowal wspomnienia, ktore juz zawsze beda ze mna. Nigdy nie zapomne malej dziewczynki, ktora prowadzila mnie w ciemnosci, trzymajac za reke, nierowna sciezka. Gdy sie potykalem, smiala sie ze mnie, ale jednoczesnie ostrzegala mnie przed kamieniami lezacymi na drodze. Ona je widziala, albo pamietala gdzie leza. To przeciez jej sciezka, codziennie po niej chodzi do szkoly i do domu. Prowadzila mnie ona i jej tata. Do rodziny mieszkajacej w wiosce. Tam w pewnym momencie przeszly ciarki po moich plecach, gdy zobaczylem jak pani domu rozklada duzy kawal folii na srodku pokoju, a nastepnie przyniosla i polozyla na niej malego szczeniaczka. Wiem ze wietnamczycy jedza psie mieso w waznych dla nich chwilach. Zaczalem sie obawiac ze wlasnie wymyslili okazje na taka wazna chwile. Pilnie obserwowalem co pani bedzie robic dalej i postanowilem interweniowac gdy zobacze jakies ostre narzedzie w poblizu pieska. Na szczescie okazalo sie ze psiaki poprostu mialy tam sie zalatwiac :) W domu mieszkala dziewczyna, ktora mowila troche po rosyjsku, wiec moglem na chwile schowac swoj slownik angielsko-wietnamski i zeszyt do rysowania roznych "zdan". Za jej posrednictwem w miare normalnie porozmawialismy. Dziewczyna miala takze ksiazki do nauki angielskiego. Nauczylem mala dziewczynka (pisze o niej mala dziewczynka, bo nawet nie potrafie wymowic jej imienia, a tym bardziej napisac), liczyc do 5 po angielsku i paru innych slow. Wracajac do malego domku malej dziewczynki, znowu ta sama kamienista bardzo sciezka, znowu prowadzony za reke, nie widzac nic w zupelnej ciemnosci, slyszalem jej cichy szept: - Robert, one, two, three, hihihihi (wlasnie sie potknalem), for, five... i znowu: - Robert, one, two, three, for, five... Nigdy nie zapomne tego szeptu i tego smiechu... Gdy doszlismy do domu, mala dziewczynka zapytala mnie czy moge u nich przenocowac. Powiedziala to po wietnamsku, ale zrozumialem o co jej chodzi. Patrzyla na mnie bardzo uwaznie, gdy zobaczyla ze spojrzalem na rodzicow, natychmiast zaczela z nimi rozmawiac. W nastepnej chwili glowa rodziny, czyli jej tata, pokazal mi lozko i obie dlonie przylozyl do glowy, co mialo oznaczac spanie. Czulem na sobie wzrok malej dziewczynki i nie moglem odmowic. Gdy powiedzialem ze tak, i ze dziekuje, mala ucieszyla sie bardzo, zaczela biegac po pokoju i glosno krzyczec :). Mialem tylko jeden problem, wynajety motor. Wlascicielowi powiedzialem ze wroce wieczorem. Postanowilem pojechac do Ninh Binh, przedluzyc wynajecie motoru i wrocic. Gdy staralem sie o tym powiedziec tacie dziewczynki, ten nie rozumial o co mi chodzi. Tylko mala zrozumiala, nie znajac slowa po angielsku. Trzymajac mnie za reke mowila cos do mnie po wietnamsku. A ja to rozumialem. Ona mowila: - Chcesz jechac do Ninh Binh i za godzine wrocisz? Ja odpowiedzialem: - Yes. Mala kiwnela glowa, scisnela mnie mocniej za reke i powiedziala: - Ale obiecaj ze wrocisz. Ja odpowiedzialem: - I will back. Mala znowu kiwnela glowa i pozwolila mi wstac. W koncu i tak nie pojechalem, bo tata nie mogl zrozumiec, mimo ze mala tlumaczyla mu ze ja tylko na chwile pojade. Chyba myslal ze poprostu juz nie wroce. Zdecydowalem sie nie jechac nigdzie i poprostu zostac. Maly bialy domek jest murowany. Ma dwa pokoje. W jednym pokoju stoi zbite z desek lozko. Nie ma nawet materaca. Nad lozkiem moskitiera. Obok maly drewniany stolik i lawka. Na scianach kilka plakatow i zdjecie Ho Chi Minh'a. W drugim pokoju takie samo lozko, kilka drewnianych stolkow i spora metalowa szafa, zamykana na klodke. Tata malej, kazal mi wlozyc tam moje rzeczy, plecak, aparat. Zamknal szafe na klodke i dal mi klucze od niej, przy ktorych byly takze inne klucze. Domyslam sie ze od domu itp. rzeczy. Kluczyki od motoru dalem malej do przechowania. Wlozyla je do kieszeni i pilnie strzegla. Gdy chcialem dac jej takze klucze od szafy, na to tata juz sie nie zgodzil. Pokazal mi zebym schowal je do swojej kieszeni. Mama malej zrobila kolacje. Ryz, jakies warzywo, krewetki. Smiali sie ze mnie ze jem tak malo i tak wolno. Mala jadla i pokazywala mi ze je juz druga miske ryzu, podczas gdy ja nie skonczylem pierwszej. Najadlem sie pierwsza, ale nie chcieli slyszec ze juz mam dosc. Musialem zjesc druga. Wszyscy, codziennie jedza 2 miski ryzu. Wczesniej w miescie kupilem pare owocow. Wyjalem je i polozylem na macie, na podlodze, na ktorej jedlismy kolacje. Jedna z corek umyla je, obrala i polozyla przedemna na talerzu. Gdy poprosilem zeby sie poczestowali, wszyscy odmowili. Widzialem ze dzieciaki maja ogromna ochote na owoce, ale tata stanowczym glosem zabronil im ich jesc. Zjadlem jeden kawalek i pokazalem ze juz sie najadlem. Poskutkowalo. Tata pozwolil dzieciakom. Rodzina zyje w ogromnej biedzie. Ale lzy cisnely mi sie do oczu, gdy widzialem, niemal namacalnie czulem milosc jaka ich laczy. Naszczescie nikt tego nie widzial w swietle jednej watlej zarowki zawieszonej na scianie. Mala dziewczynka przeczytala mi ksiazeczke dla dzieci. Pogralismy w jakas gre, ktorej sensu nie rozumiem, ale to i tak nie jest wazne. Ja spalem w jednym lozku z tata dziewczynki. Lozko bez materaca. Z jednym kocem, ktorym tata, czulem jak przykryl mnie nad ranem gdy zrobilo sie zimno w domu. Reszta rodziny spala w drugim pokoju. Wszyscy na jednym lozku. Dlugo nie moglem zasnac. Dwa male pieski, z przyczepionymi do obrozy malymi dzwoneczkami bawily sie po calym domu. "W moim pokoju" swiatlo zgaszono, ale w drugim swiecila sie jakas mala zaroweczka. Gdy tata dziewczynki juz zasnal, ja lezac, patrzylem na watle swiatelko dobiegajace z drugiego pokoju i nagle uslyszalem cichutki, zmeczony glos malej dziewczynki: - Robert...... Balan.....(Polska po wietnamsku brzmi: Balan) Rano, mama dziewczynki wstala jeszcze przed switem i gdzies poszla. Jak sie potem okazalo, byla w sklepie zeby kupic cos "specjalnego" na sniadanie. Potem wstaly dzieciaki i my, czyli ja i tata dziewczynki. Dzieciaki poszly do szkoly. Mala dziewczynka usmiechnela sie do mnie, pomachala raczka i poszla. Ale ja wiem ze to nie byl ostatni raz gdy ja widzialem. Wiem ze sie spotkamy jeszcze wiele razy... Mala dziewczynka. Mala dziewczynka. Mala dziewczynka. Mala dziewczynka. Dzieciaki (nie ma tutaj brata malej dziewczynki) i przyjaciele. Po lewej brat malej, z tylu tata. Rodzina, prawie w komplecie. Brat malej. Teraz nawet gdy siedze w kafejce internetowej slysze glos malej: - Robert, one, two, three, for, five... - Robert.... Balan....
niedziela, 27 listopada 2005
Zatoka Halong
Z Marta B. bylismy w miejscowej szkole. Dzieci bardzo lubia byc fotografowane. Strasznie ciesza sie gdy potem moga zobaczyc siebie na wyswietlaczu aparatu. Nie jest tak jak czesto bywa w innych krajach ze natychmiast po pstryknieciu fotki maluch wyciaga raczke po pieniadze. ... W pewnym momencie maluchy podzielily sie na dwie grupy i kazda z nich rzucila sie na Marte i na mnie, zeby zobaczyc zdjecia ktore im zrobilismy. Dzieciaki w tej swojej ciekawosci tak na nas napieraly, wyrywaly mi i sobie nawzajem aparat z rak, ze musiala zareagowac pani ktora miala z nimi zajecia. To jest moj maly obronca. Moze uratowal zycie mojego aparatu :) ... Plaza, w rzeczywistosci wyglada o wiele lepiej. jest wielka, woda czysciutka, super... :) dla wszystkich ...
|
|